Układanka magnetyczna z wędką

W tym tygodniu cierpię ewidentnie na brak czasu więc będzie bardzo krótko. O zaletach układanek m.in. drewnianych pisałam już tutaj. Ale czy wiecie, że można "łowić" elementy? Pierwszy raz spotkałam się z tego typu zabawką. Może nie ma w niej nic niezwykłego, ale ćwiczy zręczność i CIERPLIWOŚĆ, której brakowało Hani podczas pierwszego spotkania z nią.
 
Zestaw składa się z drewnianej układanki z magnesowymi elementami i "wędki".
 
Zadanie polega oczywiście na dopasowaniu części do odpowiednich miejsc, ale w niestandardowy sposób. Najpierw "łowi" się rybki i żyjątka na wędkę, a później trzeba nimi dokładnie wycelować.
To nie jest wcale proste - próbowałam. Polecam nerwusom i dzieciom niecierpliwym jako ćwiczenie przeciwdziałające tym cechom :) (pod warunkiem, że wcześniej nie połamią w nerwach układanki :)

6 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Pudełka do naszych gier

Jakiś czas temu Katarzyna O. na swoim blogu przedstawiła sporo rozwiązań na przechowywanie zabawek. Jak wiecie zrobiłyśmy z Hanią samodzielnie na razie dwie gry: Bingo i Domino (linki w nazwach). Pojawił się problem gdzie je trzymać. Moja propozycja nie będzie tak wymyślna jak 
te ze wspomnianego postu Kasi, ale może ktoś wykorzysta do przechowywania drobnych rzeczy. Najważniejsze, żeby się nie mieszały i nie gubiły...

Czasami otrzymuję próbki z serwisu Everyday me. Kartoniki, w których przychodzą przesyłki są idealne do przechowywania drobnych rzeczy. Nam przydadzą się do gier.

11 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Kartka okolicznościowa "Auto" dla Kubusia

Gdy na FB zobaczyłam akcję dotyczącą spełnienia marzenia zmagającego się z nieoperacyjnym guzem mózgu chłopca - Kubusia, od razu wiedziałam, że z Hanią weźmiemy w niej udział.
O co chodzi? Kubuś marzy o tym by otrzymać jak najwięcej kartek z okazji swoich 7 urodzin. Co to za problem kupić znaczek za niecałe 2 złote i wysłać kartkę? Dla nas żaden! Zachęcam Was z całego serca, abyście również przyłączyli się do tej akcji, (tylko na FB udział zdeklarowało już ponad 11000 osób!).
https://www.facebook.com/events/694957397296916/

7 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Domino cz.2 - propozycje wykorzystania

Wczoraj pokazywałam jak wykonać domino, a dziś przedstawię w jaki sposób wykorzystać je do zabaw. Zwykle kostkę domina nazywa się kamieniem, dlatego będę używała tych nazw zamiennie.

Propozycja 1.
Standardowa gra.
Każdy z uczestników otrzymuje tyle samo kamieni. Zadanie polega na tym, aby łączyć takie same pola. Wygrywa ten, który pierwszy wyłoży wszystkie kosteczki na stół.

Propozycja 2.
Wyszukiwanie identycznych kostek.
Dajemy dziecku jeden kamień, a jego zadaniem jest odnalezienie takich samych.

Propozycja 3.
Wprowadzanie do dodawania.
Dajemy dziecku kartkę z cyfrą. Jego zadaniem jest odnalezienie kamieni, na których suma kropek odpowiada tej cyfrze. Przy maluszkach nie używamy pojęcia dodawanie, wszystko policzą automatycznie. Ważne, aby dotknęły każdego kółeczka przy przeliczaniu, a wynik głośno powtórzyły. Ile jest? A ile być powinno? Zgadza się czy nie?
 
Propozycja 4.
Odnajdowanie kostek ze względu na cechę.
Dla przykładu, narysowałam na karteczce symbol, a następnie poprosiłam, by Hania wybrała te kamienie na których zobaczy przynajmniej jeden taki sam.
 
Propozycja 5.
Odwzorowywanie.
Układamy obrazek z kostek domino (może być abstrakcyjny), następnie prosimy by dziecko ułożyło taki sam z identycznych kostek.
 
Propozycja 6.
Dodawanie.
Dla starszych dzieci, które lepiej radzą sobie z dodawaniem i znają już liczby. Rysujemy skalę od 0-12. Każemy tak uporządkować kostki, by suma oczek znalazła się pod odpowiednią kratką.
 
Propozycja 7.
Odejmowanie.
Również dla starszych. Każemy dzieciom tak uporządkować kostki, by różnica pól znalazła się pod odpowiednią kratką. Np. 5-1 = 4

5 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Domino cz.1 - jak zrobić?

Domino to bardzo popularna gra. Zna ją chyba każdy. Najprostsza wersja to taka, która składa się tylko z obrazków, które trzeba po prostu dopasować. Dla Hani to już trochę zbyt proste więc same postanowiłyśmy stworzyć pomoc dydaktyczną, która przyda się w zadankach matematycznych. Matematyka wszak jest matką wszystkich nauk :)

6 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Miasteczko kolorowych kółek - opowiadanie matematyczne

Matematyki można uczyć na wiele sposobów. Chciałabym Wam przedstawić opowiadanie matematyczne. Wybór bohaterów leży w gestii rodzica/dziecka: kształty, cyfry, kolory, postaci etc. Ja zaczynam od prostej rzeczy - jednego kształtu, ale dla utrudnienia wprowadzam różne kolory (jeśli boicie się, że Wasze dziecko nie podoła wybierzcie po prostu jeden kolor).
 
Potrzebujemy:
 
- koła w kilku kolorach;
- cyfry;
- wymyślone opowiadanie.
(można ograniczyć się do kółek w kolorach wymienionych w tekście, ja jednak dałam ich więcej)
 
Zadanie można dowolnie komplikować np. dodać więcej figur w różnych kolorach i rozmiarach, jednak co za dużo to niezdrowo, bynajmniej na tym etapie.
Pozytywne strony tego typu zadania:
- rozwijanie wyobraźni;
- ćwiczenie umiejętności słuchania ze zrozumieniem;
- utrwalanie nazw kształtów (w tym wypadku koła) i kolorów;
- doskonalenie umiejętności przeliczania elementów;
- wdrażanie do nauki dodawania i odejmowania;
- nauka logicznego myślenia;
- utrwalenie "wyglądu" cyfr.
Przykładowa treść
"Przygoda na planecie kół"
Pewna dziewczynka bardzo chciała wybrać się w niesamowitą podróż na planetę kół. Któregoś dnia udało jej się zrealizować to marzenie. Wsiadła do rakiety i poleciała w kosmos. Gdy dotarła na miejsce powitały ją radośnie koło żółte i koło białe. Postanowiły, że przedstawią jej swoich przyjaciół. Udali się więc razem do miasteczka, gdzie na placu zabaw spotkali dwa koła niebieskie i trzy pomarańczowe, jednak jedno z pomarańczowych bardzo się wystraszyło i uciekło. Wszyscy postanowili zgodnie, że muszą go poszukać. Szli uważnie rozglądając się i nawołując. Po drodze napotkali mamę białego koła, która przyłączyła się do poszukiwań. Jedno koło pomarańczowe przewróciło się, zdarło kolanko i musiało wrócić do domu. Pożegnało nową koleżankę i odeszło. Minęło dość dużo czasu a uciekiniera nadal nigdzie nie było widać. Mama białego koła musiała odebrać z przedszkola swoje dzieci, zatem nie mogła dłużej towarzyszyć pozostałym.
Nagle, za trójkątnym drzewem kompani zobaczyli coś pomarańczowego. To był tata kółka, które się schowało. Znał on ulubioną kryjówkę swojego synka, więc ruszył z nimi. W tym czasie koło niebieskie i żółte zgłodniały i pobiegły do restauracji, aby coś zjeść. Reszta przyjaciół dotarła do kolorowego namiotu, nieopodal domu zaginionego malucha. Wewnątrz chowało się przestraszone pomarańczowe koło. Dziewczynka weszła do środka, przedstawiła się i poprosiła by dołączyło do wszystkich, którzy jej towarzyszyli, gdyż chce zrobić sobie z nimi wspólne zdjęcie przed powrotem na ziemię.
Po wykonaniu fotografii wszystkie koła postanowiły odprowadzić ją do rakiety. Ile kół żegnało dziewczynkę?
 
(żeby zorientować się dokładnie czy Hania w danym momencie przysuwa czy odsuwa
 koła trzeba przeanalizować tekst :)

Pytania i zadania dodatkowe:
- Ile zostało kół pomarańczowych?
- Ile zostało kół niebieskich?
- Ile zostało kół białych?
- Ile zostało kół żółtych?
- Przelicz jeszcze raz koła w pomarańczowym/żółtym/niebieskim/białym kolorze i przyporządkuj do nich odpowiednią cyfrę.
Cyfry na karteczkach to zakres 0-3, aczkolwiek można zrobić do 5, aby przyporządkować liczbę do wszystkich kolorów razem. Ja dopiero wprowadzam Hani cyferki więc nie chcę jej "przeciążać").
Opowiadanie czytamy powoli, chyba, że widzimy, iż dziecko zaczyna się nudzić, wtedy musimy zwiększyć tempo. Takie zadania nie wymagają zbyt dużego przygotowania, a historyjkę bardzo łatwo jest stworzyć. Oczywiście może być krótsza lub dłuższa, wszystko zależy od tego z jak "zaawansowanym" dzieckiem pracujemy.

Macie w planach wykorzystać ten pomysł, a może już ćwiczyliście z dzieckiem w ten sposób?
 

 

 

 


13 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Domy i kryjówki - puzzle edukacyjne

Teraz, gdy wróciłam do pracy chciałabym przedstawić Wam nieco więcej propozycji zabaw i gier edukacyjnych, które można wykorzystać w domu. Z racji, iż przychodzimy z Hanią pierwsze lub wychodzimy ostatnie znajdę czas by Wam je pokazać i przybliżyć. W trakcie pracy nie biegam z aparatem i nie skupiam się tylko na własnym dziecku, chociaż Hanula próbuje to zmienić (ale matka konsekwentna i nieugięta w swoim postanowieniu) :-)
 
Dzisiaj polecam "Domy i kryjówki" Adamigo

13 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Orientacja w czasie

Orientacja w czasie to bardzo trudne dla maluchów zagadnienie. My jesteśmy na takim etapie, że gdy zapytam Hanię o cokolwiek, co już się wydarzyło, słyszę odpowiedź: "wczoraj" lub "kiedyś". O 6-7 rano przychodzi i z radością informuje mnie, że jest ranek więc muszę wstać. A teraz, gdy idzie spać, jest zdziwiona, bo jest jeszcze jasno i protestuje stwierdzając, iż jest dzień.
Przygotowałam dla niej zatem ćwiczenie, które pozwala sprawdzić

9 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Integracja

Jak wiecie dziś wróciłam do pracy po 1,5 rocznej przerwie. Trochę to boli, ale cóż, ważne, że mam pracę. Jedno dziecko mam w zasadzie przy sobie, drugie w domu. Po powrocie trzeba poznać i przekonać do siebie wszystkich przedszkolaków. Najlepiej służą temu zabawy integracyjne. Ale przedszkole to nie jedyne miejsce, gdzie tego typu zabawy są przydatne. Czy można je wykorzystać w domu? Jasne! Masz przynajmniej dwójkę swoich pociech? Odwiedziły Cię maluchy z rodziny? A więc możesz się z nimi bawić. 

18 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Nasz (nie)zwykły dzień czyli jak uczyć zawsze i wszędzie :)

Opiszę Wam troszeczkę nasz wczorajszy dzień. Nie wyróżniał się on w zasadzie niczym szczególnym. 
Rano Hania poszła, a właściwie pobiegła do przedszkola, gdy tylko budynek ukazał się jej oczom :) Od jutra będziemy już chodzić razem :-/, a tak dobrze było mi w domu ;-).


Miała być ładna pogoda, ale nic na to nie wskazywało, bo do południa nawet padało. Na szczęście później się przejaśniło. Z racji, że absolutnie jestem zwolenniczką poznawania wszystkiego przy użyciu jak największej liczby zmysłów (dzisiaj dominowały: wzrok, węch i dotyk - w przypadku Wojtka również smak, bo musiał spróbować czy piasek można jeść :-P, a na upartego słuch - gdyż przesypujący się piasek też "wydaje dźwięki, ale o tym przeczytacie dalej), toteż spontanicznie, bez planowania próbowałam dostarczyć dzieciom kilku "atrakcji" dzięki którym zapamiętają jak najwięcej (no, może Wojtek jest jeszcze za mały, ale doświadczenie zdobywa).

Zaczęliśmy od piaskownicy - każde dziecko lubi się chyba w niej bawić i robi to automatycznie, bez zastanowienia. My zrobiłyśmy sobie proste doświadczenia, by poznać "właściwości" suchego i mokrego piasku. Na początek przygotowałyśmy sobie część piaskownicy, tak, by znajdował się w niej tylko mokry piach.

1. Babki
Zadaniem Hanuli było zrobienie babek - jednej przy użyciu suchego piasku, drugiej z mokrego.
Wnioski są oczywiste, ale dla formalności napiszę, że samo zaklęcie "babko, babko udaj się, bo jak nie, to cię zjem" nie ma tutaj większego znaczenia. 
Delfinek z suchego piasku nie wyszedł.
Foczka z mokrego piasku była idealna.
Zatem: do babek suchy piach się zatem absolutnie nie nadaje ;-p

2.
Przesypywanie.
Najpierw na sitko trafił piasek suchy. Logiczne - przeleciał przez dziurki zostawiając po sobie małe kamyczki. Piasek mokry "zapchał" sitko.
Eksperyment z młynkiem. Aby wprawić wiatrak w ruch trzeba nasypać do podajnika piasek...? Suchy. Brawo, zgadliście! ;-) Mokry nie przeleci.

3.
Zauważyliście, że temat liter ostatnio pojawił się u mnie kilkukrotnie. Hania bardzo go chyba polubiła, bo zaskakuje mnie na każdym kroku. Pomijam, że wszędzie wskazuje litery H - Hania, W - Wojtek, M- Mama i T - Tata. Ostatnio przydreptała z długopisem i kartką. Byłam pochłonięta czymś innym więc rzuciłam, ot tak: napisz H jak Hania i... napisała. Zrobiła kółeczko i pytam co to jest? Myśli i mówi Ooooorzech. I tu mnie naprawdę zagięła, bo owszem, pokazywałam jej O jak Oliwier (ulubiony kuzyn), ale z orzechem wyskoczyła jak Filip z konopi :). Dalej poprosiłam ją o M. Próbowała, ale się zagalopowała. Wyszło mniej więcej tak: /\/\/\/\/\. Myślę, że to i tak duży sukces, bo nie uczę jej pisać liter:)
Wracając do piaskownicy: tam też można poćwiczyć "pisanie". Np. z mokrego piasku można utworzyć literę - zdj 1. powyżej (to "H" akurat jest moje, dla przykładu. Obie mamy imiona na tą literę więc każda robiła swoją). Hanula "H" stworzyła z pomocą łopatki.

Z piaskownicy przenieśliśmy się na łąkę. Po co? Najpierw mamie zachciało się przesadzać kwiatki, a ziemia z kretowin świetnie się do tego nadaje. 
Wojtek kocha piasek w każdej postaci, więc kretowiny też zrobiły na nim wrażenie. Musiał podotykać, posypać siebie, dosypać trochę do doniczki. Później miał frajdę, że może się poprzewracać i powąchać trawę :)

Następna zabawa polegała na szukaniu kolorów, które przyniosła wiosna. Z fotografią mam niewiele wspólnego (może poza tym, że codziennie pstrykam fotki, żeby dodać je do bloga z instrukcjami oraz dokumentuje ciekawe akcje moich dzieci :)) Czasem aparat sam ustawi ostrość tak, że zdjęcie wyjdzie całkiem fajnie, przynajmniej według mnie - amatora.
Zatem mamy kwitnącą brzoskwinię - biało-różowo-fioletowe kwiaty. Tuż za nią żółta forsycja.W ogródku znalazły się też niebieskie zapałki. Były również fioletowe fiołki i żółte mlecze, ale na zdjęcia się nie załapały ;-p

Po podwieczorku wróciliśmy na łąkę. Po co? Tym razem szukaliśmy pokrzyw. W jakim celu? A w takim, że jedna "miastowa" osoba nas o to poprosiła :). I tutaj Hania nie tylko przyswoiła fakt jak wygląda ta roślina i że parzy. Mogła ją powąchać i dowiedziała się czegoś o jej właściwościach zdrowotnych bo mama dała jej krótki wykład, oczywiście wyłożony w sposób zrozumiały dla niej, bez zbędnych szczegółów. Z racji, iż mam małego lenia, skorzystam ze źródła internetowego, żeby przybliżyć Wam jej dobroczynne działanie.

Pokrzywa ma właściwości lecznicze, zawiera cenne witaminy i mikroelementy oraz sole mineralne. Pomaga w leczeniu kamicy nerkowej i artretyzmu. Sok ze świeżych pokrzyw wzmacnia przy wiosennym przesileniu (z tego, co czytałam na innych blogach, niektórym z pewnością by się to przydało :) Napar pomaga w walce ze stresem, a niektórzy uważają ją nawet za naturalny antybiotyk. Pokrzywa ma właściwości moczopędne, przeciwdziała zatrzymywaniu wody w organizmie. Liście dodane do sałatek poprawiają przemianę materii, ale wzmagają apetyt. Związki w niej zawarte oczyszczają układ trawienny, korzystnie wpływają na pracę trzustki, wątroby i żołądka. Roślinę tą stosuje się w chorobach wątroby i przewodu pokarmowego, nieżytach żołądka i jelit, a także przy biegunkach. Jeszcze nie potwierdzono teorii, która zakłada, że pokrzywa powstrzymuje rozrost komórek rakowych, ale może coś w tym jest?.
Tak więc: na zdrowie - trzeba zaopatrzyć się w czystek i pokrzywę. Herbatkę z pokrzywy dostaniecie w każdej aptece, ale wiadomo, że w torebkach świeże listki się nie znajdą :)

I tym akcentem kończę dzisiejszy post. Bawcie się z dziećmi, ucząc je bez przymusu :)

11 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Rodzaje rodziców

Post nie jest poparty żadnymi badaniami naukowymi, nie czerpałam też pomysłów z literatury czy jakichkolwiek innych źródeł. Ma mieć charakter humorystyczny. Jego celem nie jest obrażanie kogokolwiek. Absolutnie nie chcę nikogo uprzedmiotowić. Każdy z nas jest inny jak zwykł mawiać mój nauczyciel od "przygotowania do życia w rodzinie" w liceum. 
Zaznaczam, że opis większości "rodzajów" rodziców jest mocno przerysowany i przesadzony szczególnie jeśli chodzi o wady. Typologia będzie obejmować różne kategorie i dziedziny (pominęłam prawdziwą patologię).

13 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Zabawa rozbudzająca zainteresowanie czytaniem

Pozostaję w tematyce zainteresowania dziecka nauką samodzielnego czytania. Tym razem wykorzystałam układankę drewnianą z literami i książeczkę "Alfabet, nauka czytania i pisania".

Ćwiczenie 1. 
Otwieramy książeczkę na dowolnej stronie. Wśród liter z układanki szukamy właściwej, którą odpowiednio dopasowujemy. Mówimy głośno jej nazwę, a dziecko "odczytuje" wyraz na tę właśnie literę (oczywiście sugeruje się obrazkiem). 
Albo wersja odwrotna: najpierw wybieramy literkę, a później szukamy strony, która ją ilustruje.

Ćwiczenie 2.
(Można wykonywać je w trakcie ćw. 1.).
 Paluszkiem "piszemy" po śladzie. Utrwalamy w ten sposób wygląd danej litery i zapamiętujemy "kierunek" pisania (co obrazują w naszej książeczce strzałki).

Ćwiczenie 3.
(zabawa drewnianą układanką)
Zwyczajne dopasowanie literek w odpowiednie miejsca na planszy. Mogą to robić już maluszki, którym nie trzeba tłumaczyć, że to jest literka "t" jak tygrys, a to "l" jak lew, chociaż oczywiście można. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziecko zapamięta to mimowolnie.

Ćwiczenie 4.
Nasza układanka może posłużyć do nauki angielskich słówek. Oczywiście, można ją wykorzystać w innych zabawach. To plansza - ciekawostka dla dziecka, chociaż może posłużyć do rzeczywistej nauki słów angielskich, jednak nie podczas zabawy z typowo "polską" książeczką. Fakt, część wyrazów, a w zasadzie liter rozpoczynających je pokrywa się z językiem polskim (Igloo, Kangur, Lew, Mysz, Ośmiornica, Papuga, Słońce, Tygrys, Zebra).  Jednak szkoda niepotrzebnie mieszać tak małemu dziecku w głowie. 
(Dla zainteresowanych: układanka zakupiona w Pepco za 9,99 zł.)

Ćwiczenie 5.
Dzielenie wyrazów na sylaby. Hania wskazuje wyraz na daną literę, a następnie próbuje wyklaskać sylaby i równocześnie przeliczyć ile ich jest. Dla takiego malucha może być to trudne zadanie, ale w większości przypadków Hania świetnie sobie poradziła, bo większość wyrazów jest 2 lub 3-sylabowa.

Zalety powyższych ćwiczeń:
- rozbudzanie zainteresowania pisaniem i czytaniem;
- utrwalenie nazw liter;
- nauka globalnego odczytywania wyrazów;
- ćwiczenie pamięci;
- rozwijanie spostrzegawczości;
- wzbogacanie zasobu słownictwa;
- nauka porównywania;
- poznanie słówek z języka angielskiego;
- nauka dzielenia wyrazów na sylaby i przeliczania.

P.S. Odnośnie książeczki. Była ona w zestawie z zabawkowym tabletem do nauki liter, cyfr itd. Jej wadą jest to, że na niektórych stronach są zbędne obrazki, które wprowadzać mogą dziecko w błąd. Spójrzcie np. na literę "G" (zdj 2.) jest gruszka i tak samo duży baranek. Ten, kto tworzył tę książeczkę nie do końca przemyślał sprawę. I chcę uprzedzić Wasze domysły odnośnie akurat tego przypadku. Ten "zeszycik" nie służy na nauki angielskich wyrazów i na pewno na ilustracji jest baranek a nie koza ang. goat.


8 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

"Samoczytające" się książeczki

Technologia idzie bez wątpienia mocno do przodu. Wiele wynalazków ułatwiających życie uczy nas totalnego lenistwa. Osobiście od zawsze kochałam książki, czytałam wszystkie lektury (ok, może trzy zastąpiłam brykiem, bo nie można ich było dostać na czas w bibliotece), a ponad wszystko uwielbiam historie prawdziwe przelane na papier. Są i tacy, którzy zawsze idą na skróty i wolą ekranizacje. Obecnie można też zastąpić czytanie słuchaniem audiobooków. Czy to dobrze? Wszystko ma swoje plusy i minusy. Tyle tytułem wstępu. Nie chcę rozważać "za" i "przeciw" bo blog ma się kręcić wokół dzieci.

Chciałabym Was zapytać jaka jest Wasza opinia na temat interaktywnych książeczek? Jest ich coraz więcej. Różny jest ich sposób wykonania. Jak wpływają na rozwój dziecka? M.in.:
- wzbogacają słownictwo,
- rozwijają pamięć,
- ćwiczą spostrzegawczość,
- pomagają przyswoić litery, cyfry, nazwy kształtów, słowa z języka obcego,
- uczą piosenek itd.
My posiadamy trzy takie egzemplarze (wszystkie są podarunkami). Powiem szczerze, że w tej wersji bardzo przypadły mi do gustu. Dlaczego? O tym za chwilę. Na początek trochę opisu.

1. Pierwsza to "Książeczka rymowanka" Fisher-Price. 

Jest wykonana z tworzywa, dość wytrzymałego. Uśmiechnięta gąsienica z migoczącym noskiem wyśpiewuje lub odczytuje treść, sygnalizując równocześnie lampką umieszczoną na paluszku czy to tekst z prawej czy z lewej strony. Jest kolorowa i z pewnością przyciąga wzrok. Równocześnie uczy dziecko cyfr (od 1 do 3), literek (ABC), kolorów oraz wzbogaca słownictwo. Na korpusie gąsienicy są dodatkowe przyciski, którymi można się pobawić. Dodatkowy plus to regulacja głośności.

2. Zwierzaki przyjaciele szczeniaczka, Puppy's Animal Friends
To również książeczka interaktywna. Za każdym razem, gdy dziecko przewróci stronę, poznaje treść lub nazwy zwierzątek znajdujących się na ilustracji w dwóch językach - polskim i angielskim. Robaczek znajdujący się u góry, którego można przesuwać jest dodatkową atrakcją dla malucha podobnie jak pokrętło z boku. Te dodatkowe gadżety "wprawione w ruch" także przemawiają, śpiewają, wydają różne odgłosy, potrafią rozśmieszyć. Maluchy uczą się też nazw kolorów, przeciwieństw i liczenia.

W zasadzie to książeczki-zabawki. Obie przeznaczone są dla dzieci już od 6 miesiąca życia. Są trwałe i nie zawierają elementów, które zagrażałyby bezpieczeństwu naszego dziecka. Ich atutem jest to, że potrafią tak bardzo zainteresować maluszka, iż sami możemy w tym czasie zająć się czymś innym :) Uczą bawiąc i bawią ucząc.
Wojtek lubi je bardzo, nawet tańczy przy nich (ale jemu w tym względzie wiele do szczęścia nie potrzeba, wystarczy kilka dźwięków i już jest w pełnej gotowości :)

3. Czerwony nos Rudolfa. 
Książka dla dzieci powyżej drugiego roku życia.
Wykonana jest z grubej tektury, a z prawej strony ma głośnik i 6 przycisków. Każdy z guziczków ma identyczną ilustrację jak strona, której treść usłyszymy po jego naciśnięciu. Tak więc można zapoznać się z nią na trzy sposoby:
- dusząc tylko i wyłącznie na guziczki, bez przewracania kartek (oczywiście, żeby wszystko miało sens trzeba wybierać je po kolei);
- przewracając strony i odszukując odpowiedniego okienka z narracją (dodatkowo ćwiczymy spostrzegawczość);
- po prostu odczytując treść.
Starsze dzieci mogą równocześnie śledzić tekst wzrokiem, co sprzyja nauce czytania.


Czy posiadacie w swoich kolekcjach podobne egzemplarze? Może macie ulubione, warte polecenia?

3 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Wreszcie przyszła wiosna!

Mamy cudną pogodę zatem korzystamy z niej na całego. Szkoda czasu na siedzenie przed komputerem, więc będzie króciutko. Uwielbiam aktywne spędzanie czasu z dziećmi na świeżym powietrzu.Wreszcie doczekałam się tego momentu, gdy całą czwórką mogliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową. Oficjalnie uznaję za rozpoczęty nasz sezon wypraw na dwóch kółkach . Na pierwszy raz trzynastokilometrowa trasa zakończona mini-piknikiem.


Obowiązkowo musieliśmy jechać na plac zabaw, który korzystnie wpływa na rozwój maluchów. (Dzisiaj Ewa udostępniła zdjęcie ze strony Terapis, które mówi na ten temat wszystko - pozwolę sobie wrzucić je u siebie) :)

Ruch to zdrowie, a dodatkowo można też podziwiać uroki przyrody :)! 

Młody szczególnie upodobał sobie piasek. Nawet próbował w nim "pływać". Frajda niesamowita.

Jak niewiele potrzeba, aby uszczęśliwić dzieci... :) Po takiej dawce świeżego powietrza będą pewnie spały jak anioły. Oby taka pogoda pozostała już na stałe. A Wy dobrze wykorzystaliście ten czas?


A... jeszcze dzisiaj po raz pierwszy usłyszałam z ust mojego Syna słowo "MAMA". Wiosna  w kalendarzu, wiosna na zewnątrz, wiosna w moim sercu :-P

24 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Dziecko - kopia rodzica?

Ten post będzie dotyczył podobieństwa dzieci do rodziców. Nie skupię się na wyglądzie zewnętrznym, bo wiadomo, że niektóre maluchy są wręcz miniaturą swoich opiekunów. Temat będzie dotyczył sposobu bycia.
Przyglądając się zachowaniu dziecka można wiele powiedzieć o rodzicach. Nie będę uogólniać i kategoryzować, bo na sposób postępowania wpływa też wiele czynników. Oczywiste jest, że maluchy będą brać najczęściej przykład z mamy i taty, gdyż to oni powinni być wzorem do naśladowania. Czasem podobieństwo widoczne jest w ruchach, gestach, sposobie wysławiania się itd. Większość z nas chce wychować swoje pociechy na "porządnych obywateli", ale to wcale nie jest takie łatwe. Dzieci nas obserwują, bardzo szczegółowo, dlatego warto przysiąść na spokojnie i zastanowić się czy w ich obecności nasze działania są właściwe i czy zawsze chcielibyśmy, aby brały z nas przykład?

Kiedyś już pisałam o tym, abyśmy uważali co mówimy przy dzieciach (link). Uważajmy też zatem, co robimy. W stu procentach nigdy nie można powiedzieć, że to co robi maluch wynika z zachowania rodzica. Za wychowanie odpowiedzialni są głównie mama i tata, jednak obecnie często zdarza się, że zbyt wiele czasu poświęcamy pracy. Wtedy obowiązek ten przerzucany jest na innych: przedszkole, dziadków, opiekunki etc. Bo ile czasu można poświęcić małemu człowieczkowi, jeśli przyprowadza się go do przedszkola na 10 godzin dziennie? Ba, 10 godzin. Słyszałam, że są przypadki w przedszkolach całodobowych, gdzie rodzice przyprowadzają malucha w poniedziałek, a odbierają w piątek (czasem po telefonie nauczycielki przyjeżdża babcia). Nie wiem ile w tym prawdy. Wiadomo, że informacje przekazywane ustnie stają się czasami baśniami lub legendami, dla mnie to jednak niezrozumiałe. 
Każdy z nas może sobie szczerze odpowiedzieć na pytanie ile czasu ma naprawdę tylko dla dziecka, bo poza pracą są jeszcze inne obowiązki: zakupy, pranie, sprzątane, gotowanie itd. A gdy jeszcze sami chcemy odpocząć, zrelaksować się? Dla świętego spokoju sadzamy dzieci przed telewizorami czy komputerami lub innymi urządzeniami i obowiązek wychowania przejmują programy telewizyjne i gry.
Kiedyś usłyszałam propozycję zorganizowania "nocy w przedszkolu dla maluchów" i jakkolwiek na spokojnie próbowałam zrozumieć sens takiego przedsięwzięcia, nie mogłam pojąć czemu to ma służyć. Jak to ugryźć. Noc poza domem - dobre doświadczenie, ale w przedszkolu? Hm. Może rodzice chcą mieć wolne, wyspać się, wyjść gdzieś, a nie mają gdzie zostawić maluchów. 20 dzieci w wieku 2,5-6 lat (taką mieliśmy wtedy grupę. Niektóre jeszcze pewnie nosiły pieluchy w nocy, ale dorośli się nie przyznawali). Dwie nauczycielki, które notabene, mają swoje potomstwo w domu. Po pierwsze. Kiedy? W tygodniu - gdzie następnego dnia miałybyśmy funkcjonować normalnie na zajęciach? W weekend - gdy mamy zasłużony odpoczynek od pracy? Po drugie. Co miałybyśmy w tym czasie zrobić z własnymi dziećmi , które nie miały jeszcze dwóch lat? Po trzecie? Spanie - może niektóre dzieci by zasnęły, w końcu za dnia leżakują, ale w nocy? Niektóre się boją ciemności, niektórym przeszkadza światło. Kłótnie, płacz, telefony do rodziców, wędrówki, pogawędki, budzenie się co chwilę. My, nauczycielki na pewno nie zmrużyłybyśmy oka. Moim zdaniem to za wcześnie na takie eksperymenty, ale poprawcie mnie jeśli się mylę. Odbiegłam na chwilę od tematu...

Na czym polegają więc te podobieństwa? Bywają dzieci nieśmiałe, którym ciężko przychodzi wyrażanie swojego zdania. Widując się codziennie z mamą lub tatą, rozmawiając z nimi można orzec, czy powodem jest to, że sami tacy są czy fakt, że dziecko jest np. często przez nich negowane. Są maluchy będące duszą towarzystwa, zawsze w centrum, których wszędzie pełno i "zagadałyby wszystkich na śmierć" - najczęściej rodzice są również bardzo kontaktowi i z łatwością wyrażają swoje zdanie. Można zaobserwować dzieci bardziej troskliwe wobec innych, czułe; stawiające zawsze na swoim; nieustępliwe; szybko irytujące się i nerwowe; wykłócające się o swoje; bezpośrednie; tajemnicze, dbające o swoją "prywatność/przestrzeń"; mające "poczucie wyższości" nad innymi, bardziej pewne swojego; wycofane, a nawet plotkujące. Tak, to są ciekawe przypadki, które troszeczkę śmieszą, bo przedszkolak przyjmuje pozycję jak sąsiadka, która po cichu zdaje relację przez płot drugiej o "najciekawszych wydarzeniach" z życia znajomych. Do tego przyciszony ton głosu, oczy "dookoła głowy" upewniające się czy aby na pewno nikt tego nie widzi i nie słyszy i potok słów jak z karabinu maszynowego.

Poza tym kultura dziecka świadczy o rodzicu. Wiecie o tym? Nie chcę Wam nakazywać jak macie zajmować się swoimi pociechami, ale możecie uwzględnić moje słowa i zapewne przyznacie mi rację. Niektóre przedszkolaki zachowują się jakby wszystko im się należało, bo "mama w końcu płaci za to przedszkole i mogę robić tutaj co zechcę". Uczmy od samego początku zwrotów grzecznościowych: proszę, przepraszam, dziękuję. Używajmy ich sami wobec innych.
Proste przykłady:
- "proszę daj mi to" zamiast "daj mi to", "proszę" zamiast zwykłego "masz",
- "przepraszam" zamiast "sorry", "ups", "posuń się"; w sytuacjach, gdy: chcemy przecisnąć się przez tłum, nie możemy przejechać wózkiem w sklepie, popchniemy kogoś niechcący,  podniesiemy niepotrzebnie głos, posądzimy kogoś niesłusznie lub popełnimy inny błąd (umiejmy się do niego przyznać), gdy komuś się głośno odbije etc.
- "dziękuję", gdy dostaniemy np. prezent lub coś o co poprosiliśmy, usłyszymy komplement, otrzymamy towar w sklepie itd. 
Przykłady można mnożyć,a nie wymaga to wielkiego wysiłku.
Do tego dochodzą powitania i pożegnania. Często przy wejściu lub wyjściu z przedszkola, dorosły wita się i żegna, a dziecko milczy (czasem zdarza się, że i rodzic nie powie...). Zwracajmy uwagę jako rodzice zanim zrobi to nauczyciel. To samo, kiedy mijamy się w sklepie czy na ulicy. Oczywiście są przypadki, gdy rodzic udaje, że nie widzi znajomej osoby - jaki przykład daje wtedy dziecku swoją postawą?
Jeszcze kilka słów o sytuacjach, gdy rozmawiamy z rodzicami o zachowaniu dziecka w jego obecności (chodzi głównie o relację rodzic-nauczyciel). Jako opiekunowie prawni podtrzymujmy swoje zdanie także po wyjściu z przedszkola. Bądźmy konsekwentni i szczerzy wobec samych siebie. Co z tego, że przytakniemy nauczycielowi, iż ma rację, bo dziecko zachowywało się niewłaściwie, skoro za drzwiami stwierdzimy "niepotrzebnie się czepia", "jednym uchem wpuszczę, drugim wypuszczę". Tym samym uczymy malucha braku szacunku wobec wychowawcy w przedszkolu czy szkole. 

Zgadzacie się ze mną w tym temacie czy macie odmienne zdanie? Czy zauważacie w zachowaniu dzieci elementy swojego sposobu postępowania?

***
Wszystkie postawy dziecka i rodzica weryfikuję na podstawie codziennego kontaktu z nimi.
Nie sugeruje się powierzchownością. Nauczona doświadczeniem, nigdy nie oceniam ludzi na podstawie wyglądu, aczkolwiek kiedyś tak robiłam - dopóki nie poznałam mojego męża. Odbierałam go jako zwykłego gbura z manią wyższości, chociaż nigdy z nim nie rozmawiałam. Później dowiedziałam się czegoś na swój temat: podobno sprawiałam wrażenie wrednej i wiecznie niezadowolonej :) Pozory mylą. 
I jeszcze na chwilę chciałabym zejść na bardzo poboczny temat uwzględniający wygląd. Na rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałam pytanie: "Dlaczego CV jest bez zdjęcia? Fotografia dużo mówi o człowieku." Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że po każdym kliknięciu "zapisz", zdjęcie samo uciekało mi na sam dół w środek tekstu, więc je usunęłam. Ale w domu przemyślałam to i żałowałam swojej odpowiedzi. Po pierwsze: w ogłoszeniu można dodać, że ma być dokument z fotografią. Po drugie: czy pracodawca chce mnie zatrudnić bo jestem ładna czy kompetentna? Jeżeli ktoś ma świetne kwalifikacje, a ma na przykład tatuaż, kolczyk w nosie, czy jest "brzydki" (co jest bardzo subiektywne) to są to elementy zdecydowanie dyskwalifikujące? Lepsza ładna, zgrabna, ale leniwa i niesympatyczna czy brzydsza, grubsza, lecz miła z głową pełną pomysłów i ogromnym zapałem do pracy?
Spotkaliście się z niesprawiedliwą oceną osób sugerujących się tylko "pierwszym wrażeniem"?

12 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Recenzja: "Co wypanda a co nie wypanda"

Wszyscy opisują pozycje godne polecenia, bo dlaczego tego nie robić skoro lektury dla maluchów są fajne? Czy jednak w Waszej biblioteczce znalazły się kiedyś książeczki, które wywołują mieszane uczucia? U mnie jedna taka jest i chciałaby się z Wami tym podzielić i poznać także Wasze zdanie. 

"Co wypanda a co nie wypanda" Ola Cieślak, Wyd. Dwie Siostry.
(27 stron ilustracji i krótkich tekstów)


W tytule nie ma błędu. Jest dokładnie taki jak napisałam, dość chwytliwy i humorystyczny. Głównym bohaterem jest (jak się łatwo domyślić) Panda, aczkolwiek tylko na ilustracjach, bo w tekście nie ma o niej mowy.

Zacznę od pozytywnych cech tej minilektury.
1. Ilustracje - są typowo dziecinne i na pierwszy rzut oka wyglądają jakby były wykonane przez malucha. Są "pobazgrane", pokolorowane nieregularnie, kolor wychodzi poza kontur postaci. Osobiście lubię takie książeczki, a to dlatego, że doceniam wszelkie wytwory wychodzące spod małych rączek (oczywiście wiem, że to tworzył grafik).

2. Czcionka - podobnie jak ilustracje, do złudzenia czasem przypomina pismo dziecięce: krzywe litery, część pisanych część drukowanych, każda w innym kolorze.


3. Tematyka - dobre maniery, właściwe zachowanie w danych okolicznościach. Zdecydowany plus.


4. Tekst - jest krótki i rymowany, czyta się go dość dobrze, choć zawiera kilka trudnych słów funkcjonujących w naszym języku, aczkolwiek zapożyczonych. Pozytywem jest że nie tylko dziecko, ale i rodzic może zapoznać się ze znaczeniem i sposobem ich odczytywania - wszystko podane jest w "legendzie" (nie czarujmy się, są ludzie, którzy nie potrafią wymówić tych zwrotów, nie mówiąc już o rozumieniu ich znaczenia :). Tak więc utrwalimy czym są:
- savoir-vivre,
- faux pas,
- bon ton.
Dodatkowo możemy wzbogacić wiedzę dziecka na temat bakterii coli.

5. Wykonanie - kartki są bardzo sztywne i grube, co w bliskim kontakcie z dzieckiem przedłuża żywotność :) Trudno je pognieść czy podrzeć.

A teraz sprawy, które wywołały we mnie sprzeczne uczucia:
1. Ilustracje (tak wiem, były w pozytywach). Opiszę je po szczegółowym zapoznaniu się z książką. Może miało być śmiesznie i pouczająco oraz dosłownie, jednak zaczęłam się zastanawiać czy ta książka jest na pewno odpowiednia dla maluchów. Dlaczego? Wszystko ludzkie i nic nie powinno zaskakiwać. O ile jestem w stanie przeboleć misia, któremu wypływają zielone smarki z nosa lub leci mu ogień z dymem z tyłeczka, o tyle zniesmaczyła mnie ilustracja na której Panda zrobił kupę. W tekście mowa o nocniku, a moja córka patrzy i pyta: "Czemu ta kupa jest na podłodze? Przecież tak się nie robi."
- Może zielona plama ma imitować nocnik?
- Może ten rysunek spełnił swoją rolę, bo Hania jednak zauważyła niewłaściwe zachowanie bohatera?
- Może maluchy lubią naśladować bohaterów bajek i książeczek? Jeśli tylko przeglądają "lekturę" zamiast czytać... może wpadną na jakiś nietuzinkowy pomysł? Wiecie o co mi chodzi? :)
- Może się czepiam - jednak mam prawo wyrażać swoje zdanie.


2. Słowa - część pochodzi z mowy potocznej, zapewne miał to być element humorystyczny. Lecz słowo "glut" do mnie nie przemawia. Wiem, że niektórzy tak nazywają katar, inni używają słowa smarki, gile, babole etc. Osobiście glut kojarzy mi się dwuznacznie i wolałabym, żeby moje dzieci nie utrwalały go w swoim słowniku, kiedy mają na myśli wydzielinę z nosa.

Jeśli uważacie, że niepotrzebnie przesadzam, śmiało piszcie w komentarzu. Nie obrażę się :) Jak wspomniałam, nic co ludzkie nie jest mi obce, jednak niektóre rzeczy kierowane do maluchów nie muszą być chyba tak dosłowne. A może jestem inna :-p

11 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Rodzinny Plac Zabaw od Nivea

Nivea buduje 40 Rodzinnych Miejsc Zabaw. Kto się nudzi lub ma w okolicy satysfakcjonujący plac zabaw i nie potrzebuje następnego, a chciałby zapewnić wiele godzin radości dzieciom z niedużej gminy wspomaga nas w głosowaniu :-) województwo Wielkopolskie, powiat poznański, Murowana Goślina. Obecnie szukajcie nas na 11 miejscu, znajdziecie szybciej :) Bardzo prosimy :) Link go głosowania TUTAJ i w zdjęciu. To nic nie kosztuje i zajmuje dwie minutki. Z góry dzięki :) Udostępniajcie i pomagajcie, jeśli możecie :) (głosy można, a nawet trzeba oddawać codziennie. Oczywiście dziękuję za każdą ilość, nawet te pojedyncze:)


12 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Propozycje zabaw dla najmłodszych

Maluch w domu - to nazwa mojego bloga i bez wątpienia każdy już zauważył, że jego główna bohaterką jest moja Córka (obecnie trzyletnia). Mam też młodszego Synka. Nigdy nie planowałam prowadzenia bloga. Jestem nauczycielką wychowania przedszkolnego, a z racji, że przebywałam na urlopie macierzyńskim i rodzicielskim nie puściłam Hani do przedszkola, bo chciałam jak najwięcej czasu spędzić z moją dwójką, póki jest mi to dane. Wpadłam jednak na pomysł, aby przeprowadzać jej ciekawe "zajęcia" w domu. Miałam świadomość, że i tak pójdzie do przedszkola, gdy ja wrócę do pracy, a w ten sposób łatwiej poradzi sobie z niektórymi wyzwaniami. W środku roku szkolnego dzieci już na ogół dobrze radzą sobie ze wszystkim, a ona mogłaby mieć problem. Zaczęłam od początku roku szkolnego, wstawiłam kilka zdjęć jej prac na swój prywatny profil Fb i usłyszałam od kogoś - "Załóż sobie blog". Przemyślałam - to niegłupie. Mogę dzielić się z innymi pomysłami zajęć, które można realizować w domu, a przy tym sama korzystam z tego jako nauczyciel. W jednym miejscu gromadzę informacje, propozycje zabaw i prac, które można wykorzystać w przedszkolu. Służy to też mojemu rozwojowi. Niczego nie zgubię, nie będę musiała przeglądać godzinami stert teczek. Większość na plus. Pozostał tylko wybór nazwy i tak oto zaczęłam działać.

Dla jednych maluchem będzie niemowlak, dla innych dziecko trzyletnie. Wśród czytelników mojego profilu jest wiele mam dzieci kilkumiesięcznych, które na razie z moich propozycji skorzystać nie mogą. Jak wspomniałam mam też rocznego Synka, z którym także się bawię - nie skupiam całej uwagi na Hani, dlatego chciałabym się z Wami podzielić kilkoma wskazówkami dotyczących zabaw z najmłodszymi. Wiadomo, najpierw byłam nauczycielką, dopiero potem mamą, więc zdecydowanie więcej pomysłów miałam dla dzieci w wieku przedszkolnym, ale o rozwój trzeba dbać od samego początku.

Dla większości maluszków pierwszymi zabawkami są grzechotki, karuzele na łóżeczko czy maty edukacyjne.
Grzechotki. Chcąc zwrócić uwagę dziecka wybieramy przedmioty kolorowe. Dzieci wodzą za nimi wzrokiem, odwracają głowę w kierunku z którego dochodzą dźwięki. W ten sposób można sprawdzić czy maluszek dobrze reaguje na wybrane bodźce zewnętrzne.
Przy wyborze trzeba zwrócić uwagę m.in. na:
- bezpieczeństwo użytkowania: tworzywo, z którego wykonana zabawka powinno być trwałe. Nie powinna zawierać malutkich elementów, które mogą się odczepić/wypaść z niej. Wiemy, że ta zabawka musi wydawać dźwięk, więc wewnątrz są na pewno jakieś kuleczki, czasem widoczne gołym okiem, ale grzechotka nie powinna się rozpaść przy uderzeniu, bo stwarza to niebezpieczeństwo połknięcia;
- wielkość - kiedy dzidziuś zaczyna sam chwytać przedmioty, pamiętajmy, że twarda, plastikowa grzechotka może wyrządzić mu krzywdę. Trzymając ją w rączce i machając we wszystkich kierunkach nietrudno o uderzenie w główkę. Są grzechotki welurowe, miękkie, zakładane na rączkę jak bransoletka czy zegarek. Jednak w każdym przypadku trzeba dbać o czystość takiej zabawki. Te pluszowe łatwiej się brudzą, co widać gołym okiem i trudniej się je czyści;
- funkcjonalność - dzieci na pewno będą brać je do buzi, wśród propozycji jest wiele grzechotek z funkcją gryzaka.
- kolory - im więcej wzorów i kolorów tym bardziej przyciąga wzrok.

Karuzele. Wszystkie chyba mają zamontowane pozytywki. Należy jednak sprawdzić czy muzyka nie jest za głośna, bo zamiast uspokajać dziecko, może je drażnić. Są karuzele z maskotkami pluszowymi, z elementami drewnianymi i plastikowymi, wymiennymi i stałymi, starowane pilotem. Po prostu od koloru do wyboru, tylko rodzic musi dobrze wybrać, aby nie żałować.

Maty edukacyjne. Są duże i małe. Mają różne funkcje. Grają, piszczą, szeleszczą, gruchają, mają lusterko w które maluchy mogą się wpatrywać... długo (niektóre dzieci zakochują się w swoim odbiciu i całują je :). Maty mają różne wzory i motywy przewodnie, zróżnicowane faktury, oddziałują na zmysły wzroku, słuchu i dotyku. Zachęcają dziecko do wysiłku fizycznego. Maluch będzie próbował sięgać zabawki, przedostać się z jednego końca na drugi.

Zabawki wydające dźwięki (interaktywne). To zdecydowany hit. Chyba każdy ma takie w swojej kolekcji: uczą bawiąc, bawią ucząc. Jednak mam jedną wskazówkę: Rodzicu, SZANUJ SIEBIE. Jeśli kupujcie prezent dla nie Waszego malucha SZANUJCIE jego RODZICÓW. Zabawki zbyt głośne, bez regulacji natężenia dźwięku, piszczące i hałasujące, mimo, iż podobają się dzieciaczkom - mogą doprowadzać po prostu do szału! A jeśli jest ich kilka to już w ogóle katastrofa. Nie sztuka kupić zabawkę "interaktywną", z której po kryjomu rodzice będą wyciągać baterie, czy chować po kątach, byle smyk ich nie znalazł. Uwierzcie. Naprawdę są zabawki strasznie irytujące ;)

Książeczki. Obecnie na początek można wybrać książeczki bardzo trwałe: materiałowe, gumowe (nadające się do kąpieli), które nie ulegną żadnemu maluszkowi. Są kolorowe, także mają różne faktury i dodatkowe gadżety przyciągające uwagę dziecka. Później nadchodzi czas na czytanie krótkich tekstów. Zawsze warto zwracać uwagę na ilustracje, opisywać je np. podawać nazwy zwierząt, odgłosy jakie wydają etc. W ogóle, zawsze, w każdej sytuacji do dziecka trzeba DUŻO mówić.

Inne zabawy manipulacyjne.
Labiryntu, zabawy typu mula, gdzie można przesuwać elementy - ćwiczą koordynację wzrokowo-ruchową. Kostki edukacyjne, dopasowywanie kształtów itd.

Zabawy z niemowlakiem. Moje propozycje?
Lubię zabawy, które wywołują śmiech. Śmiech ma właściwości terapeutyczne, odstresowuje, obniża poziom agresji, dotlenia organizm, sprawia, że czujemy się szczęśliwsi, gdyż wydzielają się endorfiny. Hania niestety jako niemowlę, mimo, iż stale uśmiechnięte śmiała się w głos rzadko, Wojtek za to nadrabia.
Jak rozśmieszyć dziecko? Sposoby są różne. Jedno dziecko zacznie się śmiać, gdy rodzic zacznie "błaznować", drugie to ataku niekontrolowanego śmiechu doprowadzi darcie kartki papieru (filmik), na trzecie działają łaskotki, na czwarte "dmuchanie". My lubimy "wierszyki masażyki" i inne rymowanki. Np:
1. Pełza wąż, śliski wąż
I łaskocze Ciebie wciąż.
Idzie słoń, ciężki słoń
I nadepnie Ci na dłoń.
Idą kurki, małe kurki
I wbijają tu pazurki.

2. Idzie kominiarz po drabinie
Tu zadzwoni, tu zapuka,
A dzień dobry panie Kluka.

3. Idzie rak, nieborak
jak uszczypnie będzie znak.

4. Sroczka kaszkę ważyła,
dzieci swoje karmiła.
Pierwszemu dała na miseczce,
drugiemu dała na łyżeczce,
trzeciemu dała w garnuszeczku,
czwartemu dała w dzbanuszeczku.
A piątemu nic nie dała
i frrrrrrr... do lasu poleciała

Znacie? Jeśli nie to mogę wytłumaczyć jak bawić się tymi wierszykami.

Dodam, że dotyk jest szalenie ważny w rozwoju dziecka od narodzin (zwłaszcza emocjonalnym), zapewnia poczucie bliskości i bezpieczeństwa.

Rozwijanie aparatu mowy.
Niektóre mamy popukają się po czole, ale czasami bawimy się "w piszczenie". Śmiechu, co niemiara i zabawa zawsze inicjowana jest przez mojego Syna. Po prostu piszczymy na zmianę - kto głośniej. Uczymy się w ten sposób także regulacji natężenia głosu.
Naśladowanie dźwięków. Póki co odgłosy zwierząt nie wychodzą nam, ale autko "młody" naśladować umie :)
Ćwiczenie oddechowe. Zawsze chce mi się śmiać, kiedy moje dzieciaczki piją z butelki lub kubka. Nie wiem dlaczego, ale na początku oboje mieli tak, że po każdym łyku było głośne westchnienie :) Myślę, że można to zakwalifikować do ćwiczeń oddechu.

Muzyka i taniec.
Muzyka towarzyszyła moim dzieciom od życia płodowego. Słuchały Mozarta przez słuchawki :) Tak, tak. Stwierdziłam, że nie zaszkodzi spróbować czy ta muzyka naprawdę ma tak dobry wpływ. Sama lubię kilka jego utworów. Ale... moje maluchy zdecydowanie wolą troszkę cięższe brzmienia - jak tata. Wystarczy, że włączy on np. ACDC czy Mattalica i Wojtek szaleje na całego. Hania też lubiła te klimaty gdy była młodsza.
Zawsze wiem, kiedy Wojtek ma ochotę potańczyć. Nie mówi, ale albo wskazuje ręką na sprzęt grający robiąc "yyyyyyyyyy", albo podnosi w charakterystyczny sposób prawą rękę. 

Zabawy na placu zabaw, to dla dzieci, które już raczej chodzą :):
Bo ruch to zdrowie, a ruch na świeżym powietrzu tym bardziej! I kropka.


Gdy tylko odzyskam swój komputer, który padł po aktualizacji systemu (czytłąm na formu i wiem od znajomych, że niejestem odosobnionym przypadkiem) wstawię tu filmiki. Niestety sprzęt na którym pracuję ma tyle lat, że moje wymagania przekraczają jego możliwości i uniemożliwia mi to dopracowanie tego postu w sposób, którego bym oczekiwała.
Poinformuję o aktualizacji :)
A jakie zabawy preferują Wasze maluszki?

PS. Odnośnie wczorajszego postu. Mama na antybiotyku. Chorujemy rodzinnie, tylko Tata się broni :)

3 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Miało być o Świętach, a temat zszedł na choróbska...


Moje dzieci musiały być bardzo grzeczne, albo po prostu Zając wygrał w totka :) A tak na poważnie. Fakt, prezentów było sporo, ale to dlatego, że rodzina jest duża: słodycze, ciuszki i zabawki... Moim zdaniem w nadmiarze, aczkolwiek w ciuszkach się zakochałam. Hania będzie mogła się stroić, a Wojtek zgrywać superbohatera :) Nie będę wrzucała fotek i wymieniała, co dostali, nie o to chodzi.
Niemniej. Święta jak zawsze. W sobotę święcenie potraw, w niedzielę świąteczne śniadanko i szukanie upominków we wcześniej przygotowanych koszyczkach (króliczku i kurce), Kościół, spotkanie z rodziną. W poniedziałek - symboliczne lanie wodą i spotkanie z drugą częścią rodziny. Spacer, który tym razem skończył się ucieczką przed deszczem. A w międzyczasie zabawa, ponieważ święta to nie urlop od dzieci :). Tak... W niedzielę wróciliśmy późnym popołudniem. Moja mała maniaczka dostała też kolejne puzzle. Zasiadła do stołu z całym zbiorem i nastała cisza, którą przerywał jej brat chcący się koniecznie wspinać na mamę. Efekt tej ciszy poniżej:


Zabrakło mi słońca i ciepełka, ale atmosfera była fajna. Gdy są dzieci jest zupełnie inaczej.

***
Lubię święta, ale nie znoszę kończyć ich w ten sposób. Wojtek już prawie zdrowy, ale za to ja i Hania wręcz przeciwnie. I wtorek rano do lekarza, bo w nocy kaszel Hani było słychać w całym domu: zapalenie krtani. Co ze mną? Dowiem się jutro, ale też mnie męczy suchy kaszel i zapchany nos. Na dodatek wciąż mi zimno. W aptece zawału bym dostała. Otrzymuję pierwszy lek, patrzę na jego cenę: 110 zł, automatycznie mówię: "O Boże!", farmaceutka na mnie patrzy, a ja mam świadomość, że na liście jest jeszcze 6 leków do wykupienia (na dwójkę dzieci, na szczęście trzy dodatkowe pozycje miałam w domu). I te wypowiedziane słowa sprawiły, że dostałam polski zamiennik - za 25 zł (!) Nie dowierzałam tej różnicy w cenie i trzy razy się pytałam czy to na pewno to samo.
Niemniej już bierzemy urlop od przedszkola - to oczywiste. Aczkolwiek tutaj nasuwa mi się pewien temat. Mianowicie: czy wy też macie wrażenie, że niektórzy rodzice traktują tą placówkę jako przechowalnie dla dzieci. Pytam jako nauczyciel, ale przede wszystkim jako matka. Rozumiem, że czasy są jakie są. O pracę ciężko, krzywo się patrzy na rodziców, którzy często biorą opiekę. Nie każdy ma babcię czy sąsiadkę, na którą może liczyć. Opiekunki się cenią, ale... Osobiście nie miałabym sumienia puszczać chorego dziecka do przedszkola i wmawiać wszystkim, że jest ono zdrowe! A są "przypadki" robiące tak nagminnie. Osłabia mnie tłumaczenie, że każde chore dziecko nagle ma "alergię", "w domu nie kaszle", a w przedszkolu wypluwa płuca, "raz zwymiotował w nocy, ale później było ok", a w przedszkolu powtórka i po trzech dniach połowa maluchów (i personelu) z jelitówką; dziecko kichnie, za przeproszeniem "smarki do pasa", ale ono jest zdrowe... Taki tok rozumowania sprawia, że nie tylko jeden rodzic musi się martwić o opiekę, ale kilkoro. Moim zdaniem to trochę egoistyczne. Nie chciałabym, aby moja córka zarażała inne dzieci. Każdy szanuje swój czas, a ja szanuję także czas innych i wolałabym zaoszczędzić stania w kolejce do lekarza, wydawania pieniędzy na leki. 
Co może nauczyciel, gdy widzi, że dziecko jest chore? W zasadzie... nic. Odmówienie przyjęcia? Tylko, gdy przedszkolak ma gorączkę. Wezwanie rodziców - owszem. Są tacy którzy zjawią się szybko, ale i tacy, którzy "nie mogą przyjechać wcześniej niż po pracy" lub się nie spieszą, mimo, iż są w domu. Rodzic wmówi wszystko, bo my jesteśmy nauczycielami, a nie lekarzami i nie znamy się na chorobach. Ale jesteśmy także ludźmi, podatnymi na bakterie i wirusy tak jak dzieci. I wtedy pada pytanie: "pani przeziębiona i w pracy?"(oczywiście gdy jestem naprawdę chora, biorę urlop lub L4, bo zdrowie jest najważniejsze, a pewnie słyszeliście o skutkach nieodleżanej grypy?).
Są choroby, których się nie ukryje: zakaźne typu ospa, różyczka, ale "przecież to tylko potówki", czy zapalenie spojówek "zawiało go wczoraj", a kilkoro następnych przedszkolaków po trzech dniach ma stwierdzone zapalenie, tylko skąd?
To temat, który mnie irytuje, ale niewiele można w tej kwestii zrobić. A jakie są Wasze doświadczenia i opinie w tej kwestii?


5 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)

Zabawka edukacyjna: Rysowanie-zmazywanie

Święta minęły w ekspresowym tempie. Tematyka bloga jest znana, zacznę więc od opisania zabawki, którą chętnie poleciłabym - to dla tych, którzy zaglądają tutaj szukając pomysłów i inspiracji. W drugim dzisiejszym poście znajdziecie kilka informacji i przemyśleń, które miały dotyczyć świąt, a niespodziewanie zeszły na inny tor :)

Jednym z prezentów, które otrzymała Hania jest "Zabawka edukacyjna dla dziewczynek: Rysowanie-zmazywanie" z serii Sowa Mądra Głowa Poleca. Producent: ALEXANDER.

Firma Alexander ma w ofercie wiele gier i zabaw edukacyjnych, które są naprawdę ciekawe. Z niektórymi miałam szansę się zapoznać, więc jeśli szukacie pomysłu na prezent możecie zajrzeć co proponują. Jak zauważyliście lubię zabawki "mądre", które równocześnie uczą.

Zestaw zawiera:
- 14 dwustronnych tablic,
- pisak z końcówką do ścierania,
- instrukcję obsługi.
Według producenta przeznaczona jest dla dzieci powyżej 4 roku życia. 

Dlaczego przypadła mi do gustu?
Potrafi pochłonąć dziecko na dłuższy okres czasu, co jest niewątpliwym atutem, gdy potrzebujemy chwili wytchnienia dla siebie :). Część zabaw można wykonać intuicyjnie, w pozostałych przypadkach ćwiczymy rozumienie poleceń. Obecnie najdłużej uwagę większości dzieci potrafią zająć telewizory, a także komputery, smartfony i tablety (maluchy + ten sprzęt to widok na który mam wręcz alergię). Na planszach znajdziemy różne rodzaje zadań, które:
- rozwijają kreatywność (dziecko może tworzyć rysunki według własnych upodobań, ba, może zostać projektantem ubrań),
- uczą logicznego myślenia i kojarzenia,
- ćwiczą spostrzegawczość (wskazywanie podobieństw i różnic, łączenie w pary, odnajdowanie dróg do celu - labirynty, plątaninki),
- przygotowują do późniejszej nauki pisania (rysowanie po śladach, tworzenie wzorów).
Poza oczywistym przeznaczeniem tablice można wykorzystać w inny sposób:
- ćwiczenie opisu słownego, wypowiedzi pełnymi zdaniami, wzbogacanie słownictwa, tworzenie historyjek obrazkowych,
- przeliczanie elementów, porównywanie liczebności;
- nazywanie kształtów i kolorów.
itd.



Każda z plansz może być wykorzystana niejednokrotnie, gdyż pisak, którego używamy do wykonania zadania łatwo się ściera. Nie mogę powiedzieć, że to alternatywa dla współczesnej technologii, ale chciałabym zwrócić uwagę na fakt, iż bardzo wiele dzieci przez nadmierne operowanie sprzętem dotykowym nie potrafi poprawnie trzymać ołówka czy kredki. Nie mają wyrobionej odpowiedniej siły nacisku - często piszą prawie "w powietrzu" lub przeciwnie - "robią dziury w kartkach". Każde ćwiczenie rączek jest bardzo ważne: bazgranie, rysowanie, za pomocą ołówków, kredek, pisaków; robienie szlaczków, tworzenie wzorów, prostych rysunków, które z biegiem czasu stają się coraz bardziej szczegółowe, ugniatanie. Naprawdę większość rodziców nie zdaje sobie sprawy jak negatywnie w tej kwestii na rozwój dziecka wpływają tablety i smartfony. Oczywiście, gry logiczne też stymulują mózg, ale zapominamy o najprostszych rzeczach, które narastają do wagi ogromnych problemów w późniejszym czasie.
Dodatkowym plusem opisywanej zabawki jest cena. Myślę, że wykonanie jest na tyle dobre, że zapewne posłuży młodszemu rodzeństwu.
Minusy: jedyny jaki do tej pory zauważyłam: zanim Hania dokończy zadanie, część zdąży niechcący zmazać ręką lub rękawem. Na szczęście pisak łatwo zmyć ze skóry (z ubrań pewnie też, mam nadzieję) :)

8 komentarze:

Dziękuję za odwiedzenie bloga i pozostawienie komentarza :)